
Jestem Marta
Zawsze wolałam, kiedy mówiono na mnie Tusia. Znając inne Marty oraz słysząc brzmienie tego imienia, twierdziłam, że nie pasuje ono do mnie. Nie chcę, żeby pasowało. Miałam inną wizję na siebie.
To, co różniło mnie od reszty dzieci to fakt, że nie biegałam po korytarzach szkolnych czy boiskach. Miałam świadomość, że gdy chmara rówieśników ucieka przed berkiem, nie będą zwracali uwagi na dziewczynę, która chce przykładowo przejść na drugą stronę sali. Wpadnięcie na kogoś i ulegnięcie wypadkowi było niechybne. Dlatego stałam przy ścianie. Wiedziałam, że jeśli ja potrafię oceniać innych, to nieunikniona będzie ocena ludzi wobec mnie. Dlatego gdy nauczyciele kazali mi czytać na głos, czytałam cicho, ledwo słyszalnie.
Miasto Nowe Nad Wisłą było całym moim życiem. Chociaż teraz wiem, że stanowiło tylko całe moje dzieciństwo. Nie zmienia do tego, że nadal czuję zapach cukierni Radzimowskich, ścieżki Nowego znam na pamięć, a śnieguliczki białe zawsze będą należały do tego miasta, w skojarzeniach moich myśli. Wierzyłam, że moja Norka nigdy nie zniknie. Norka była wnętrzem kanapy, które odkrywali mi dorośli. Po zabraniu poduszki i drewnianej deski, wypełniali spód kanapy kocami i poduszkami, a ja wchodziłam tam z kredkami i blokiem. Kredki zawsze były w metalowej puszce z niewielkimi dziurami. A gdy tam siedziałam, niewielki ekran z ogromnym tyłem odgrywał moją pierwszą, ulubioną formę sztuki. Animacje Disneya. To było miejsce tylko dla mnie. Wieczorami babcia i mama czytały mi bajki i inne książki. Dziadek kształtował we mnie miłość do bardziej dojrzałej formy sztuki, literatury czy nauki. A przy okazji, uczył mnie prawdziwej bezwarunkowej i ślepej miłości. Widział we mnie zawsze to, co najlepsze. To, o co musiałam walczyć w innych relacjach, dostałam od niego od razu.
— Po co kupiłeś aż dwa ciasta? — ze zdziwieniem i nutą powątpienia babcia zapytała dziadka, gdy otworzyła lodówkę. Przyjechałyśmy do niego na dwa dni.
Dziadek, wysoki i duży mężczyzna, przecisnął się pomiędzy nami w wąskim korytarzu kuchni. Ustąpiłyśmy mu miejsca przy lodówce.
— Tusia, babcia chyba nie potrafi liczyć! — odpowiedział z szerokim uśmiechem. Ten moment dał mu ogromną radość.
Wyciągnął wtedy z lodówki trzecie pudło z ciastem.
Gdyby mógł, wiem, że oddałby mi wszystko. Nie tylko wartość materialną, chciał mi też przekazać całą swoją rozległą wiedzę. Gdy zaczynał mówić, jego monologom nie było końca. A ja zawsze myślałam, że będzie czas, kiedy to zrozumiem i pewne tematy zaczną mnie obchodzić. Nie widziałam końca. Nawet kiedy przestał dzwonić, a moja mama pojechała zobaczyć, co się stało. Nawet kiedy zadzwoniłam do niej po paru godzinach, a ona powiedziała, że porozmawiamy później. Koniec nie przeszedł mi przez myśl, nawet na sekundę.
Zniknął on, zniknęła Norka, zniknęło mieszkanie w Nowem Nad Wisłą. Pojawił się głośny bunt.
Zawsze mówiłam, że moją ulubioną bajką jest Piękna i Bestia. Widziałam siebie w tej dziewczynie wytkniętej palcem przez całe miasto. I chciałam mieć nadzieję, że jakimś cudem, jeśli utrzymam nos w swoich książkach, na ślepo dotrę do miejsca, w którym będę pasować. Dla innych ludzi ono będzie dziwne, przerażające, ale ja zmieszczę się tam idealnie, jak w Norce. Dawałam szansę każdej osobie, wierząc, że świat jest pełny nieszczęśliwie zaczarowanych imbryków i zegarów. Nigdy nikogo nie oceniłam źle na starcie. A w rzeczywistości świat był pełny Gastonów. Nigdy tego nie zaakceptowałam. Szłam przez życie z nosem wciśniętym coraz bardziej w książkę, bo jeśli będę robić swoje, nikt nie będzie miał powodu, żeby podłożyć mi nogę. I nawet potykając się, nie załapałam, że nie tędy droga. Wolałam zrzucić winę na własną niezdarność.
Iść dalej i dawać szansę. Czasem uciekać. Dawać szansę nowemu miastu. Wierzyłam w misję zmiany świata własną dobrocią, uległością, ale też pewnego rodzaju odmiennością. Bo myślę, że wszyscy podświadomie wiedzieli. Byłam łatwą osobą do podkładania kłód pod nogi, ale z jakiegoś powodu zawsze i tak czegoś ode mnie chcieli. Miałam w sobie coś, co chciano mi odebrać. A ja się nie broniłam. Widziałam tylko strony ulubionej książki, które oślepiały mnie coraz bardziej. Poruszałam się po świecie na zasadzie wiary. Czekałam na dobrą czarownicę w przebraniu żebraczki, żeby oddała mi sprawiedliwość i godność. Nie miałam powodu, żeby bać się karmy, więc zaczęłam na niej polegać. Modlić się. A przy tym chciałam przemieniać bestie w książęta i świeczniki w dobrych przyjaciół. Specyficzny rodzaj skrywanego narcyzmu kazał mi marzyć o byciu katalizatorem do zmiany świata. O byciu cichym przykładem.
Jakiś czas temu w telewizji puścili Króla Lwa. Miłosz stwierdził, że nigdy nie widział w tej historii niczego wyjątkowego. Zdałam sobie sprawę, że ja widzę. I gdybym potrafiła obudzić w sobie ten nastoletni ogień, potrafiłabym przesiedzieć całą noc, pisząc na ten temat. Nie zrobiłam tego wtedy. Nie czułam tego ognia. Poczułam go dzisiaj. Poczułam, że chcę Wam to powiedzieć.
Prawda jest taka, że dałam się wypędzić. Uwierzyłam w słowa tej jednej osoby, która nazwała mnie mordercą. Łatwiej było mi zaakceptować moją winę niż obarczyć nią kogoś innego. Nie potrafiłam zdobyć argumentów, przedstawić ich, udowodnić. Słowa utknęły mi w gardle. Wahałam się nie tylko, gdy mnie przepędzano, wahałam się udzielając odpowiedzi, wahałam się przedstawiając prezentację na studiach. Przedstawiając, jak w ogóle się nazywam. Kim jestem.
Zapomniałam o tym jednym człowieku, który próbował nauczyć mnie wszystkiego, co wie. Przekazać całą swoją siłę i to, co posiadał najlepsze, w krótkim czasie swojego życia. Moje oczy nie były niczym zasłonięte, ale zwątpiłam w to, co widziały. Wątpiłam za każdym razem. Łatwo było mnie zaszczuć, uciekałam, ile sił w nogach przed tymi hienami. Słyszałam za sobą ich śmiechy i nosiłam je w sercu. Gdy poznałam przyjaciół, którzy dali mi dwa lata spokoju, nie powiedziałam im, kim jestem. Przyjęli mnie, jak swoją i to mnie cieszyło. Ukryłam przed nimi powód mojego wypędzenia. Podświadomie, byłam pewna, że jedynym winowajcą jestem ja. A oni nie zadawali pytań, polubili mnie, ale też w pewien sposób wyzwolili we mnie beztroskość, której nigdy wcześniej nie poznałam. Tak bardzo nie chciałam jej stracić. Ten świat był tak piękny. Gwiazdy na niebie nigdy nie świeciły tak jasno. Trawa nigdy nie była taka zielona, a ja taka potrzebna. To był spokój. Dla nich byłam wystarczająca. Nie musiałam konfrontować swojego odbicia w lustrze. Skutecznie uciekłam od tego, kim jestem. Byłam bezpieczna. Moje serce tęskniło za dawnym potencjałem, ale nie uważałam, że zasługuję na jego osiągnięcie. Staczałam się z zielonych gór, śmiejąc się, jakby to była zabawa. Jakby trawa miała kocimiętkę. Odurzający środek odwracał moją uwagę od niewygodnych wspomnień. Ale coś mi kazało pobiec za tą małpą, więc pobiegłam w przeciwnym kierunku do tego, do którego wcześniej zawsze biegłam.
Przeszłość może boleć, ale daje nam wybór. Albo będziemy od niej uciekać, albo wyciągniemy z niej lekcje.
Pamiętaj, kim jesteś. On nie mógł mi tego powiedzieć, bo już go tutaj nie ma. Ale czasem patrząc w lustro, widzę wszystkie dobre cechy, które mi oddał. Widzę, że nie jestem tylko wrażliwą i słabą dziewczynką. Płynie we mnie siła. Mogę być dobra i stanowcza. Mogę zawalczyć. Są jeszcze ludzie, do których muszę wrócić. Coś jeszcze muszę udowodnić, przede wszystkim sobie. Zaryczeć głośniej. Wyrwać złodziejowi to, co moje, nawet pazurami. Otworzyć oczy szeroko i się wyprostować. Mówić głośno i wyraźnie. Powiedzieć im, kim jestem.
Dla bliskich jestem Tusią. Dla Ciebie, jestem Marta.

Dodaj komentarz